Forum :: O stronie :: Kontakt   Strona główna ::Pribałtika  

Polecamy Apartament Wiktoria w Zakopanem, idealne miejsce do spędzenia wakacji, ferii zimowych lub weekendu.

Galeria zdjęćGaleria zdjęć  | Linki do stronLinki do stron  | Kup przewodnikKup przewodnik  | Komentarze i porady internautów. Wpisz swój komentarz.Komentarze internautów   

Pribałtika - Litwa, Łotwa, Estonia i Helsinki

Data: czerwiec 2005   Autor: Aleksander Wasilewski

Kiedy wróciłem w zeszłym roku z wycieczki do Lwowa, koniecznie chciałem zobaczyć Wilno, drugie miasto dawnych kresów, miasto rodzinne Miłosza, Konwickiego. I porównać je. Postanawiamy spędzić wakacje zwiedzając państwa nadbałtyckie: Litwę, Łotwę i Estonię, oraz jeśli starczy czasu, zrobić wypad do Helsinek.

Troki

Wyjeżdżamy wcześnie rano, aby wieczorem dojechać do Stańczyk, naszego pierwszego noclegu, jeszcze po stronie polskiej. Miejsce wybrane nieprzypadkowo, ponieważ tutaj znajdują się znane, warte zobaczenia, największe w Polsce wiadukty. Przy okazji gorąco polecam pensjonat Biały Dwór. Nazajutrz, po naprawdę ogromnym śniadaniu przygotowanym przez właścicieli pensjonatu, kierujemy się w strone przejścia granicznego w Budzisku. Po błyskawicznej kontroli paszportowej i wymianie pieniędzy jesteśmy na Litwie. Przygotowując się do podróży wiele przeczytałem o surowej policji w krajach nadbałtyckich, my nie mieliśmy nieprzyjemnych spotkań, ale też nie przekraczaliśmy dozwolonej prędkości. Szczególnie pomysłowi byli policjanci na Łotwie: stojące na poboczu kombi z otwartą tylnią klapą okazywało się być radiowozem z radarem.

Doskonałą drogą, w porównaniu do tych w pólnocno-wschodniej części Polski, jedziemy w stronę Kowna, tam zjeżdżamy na autostradę prowadzącą prosto do Wilna. Na kilkadziesiąt km przed Wilnem pokazuje się zjazd na Troki (Trakai), miasteczko które chcemy zobaczyć.


R E K L A M A
Przewodniki Pascal

Troki, słyną przede wszystkim z malowniczego zamku położonego na wyspie na jeziorze Galve, ale warto również przejść się uliczką Karaimską, która swoją nazwę wzięła od Karaimów, sprowadzonych z Krymu przez księcia Witolda. Obecnie Troki są centrum turystyki weekendowej, porównywalne trochę do naszego Kazimierza nad Wisłą, tak więc w niedzielne południe ludzi jest mnóstwo i trudno znaleźć miejsce do parkowania. Sam zamek, szczerze mówiąc wrażenie robi z daleka, natomiast bardzo fotogeniczne okazują się charakterystyczne drewniane domki na ulicy Karaimskiej, szczególnie w górnej jej części, dokąd dochodzi niewielu turystów.

Pod wieczór dojeżdżamy do Wilna i kierujemy się do hostelu Filaretai. Jest czysto, łazienka i prysznice wspólne, dwójka kosztuje ok. 100Lt. Niestety będąc w państwach nadbałtyckich trzeba się liczyć z dość wysokimi cenami hoteli i hosteli (kwater prywatnych nie wynajmowaliśmy). Niewątpliwymi zaletami tego hostelu są: parking w podwórku, niewielka odległość od centrum (będąc w Wilnie, wszędzie chodziliśmy na piechotę), oraz fakt, że jest położony na Zarzeczu, niezwykle malowniczej dzielnicy artystów.

Po rozpakowaniu, idziemy na wieczorny spacer po Wilnie, no i przede wszystkim coś zjeść. Na mapce w przewodniku odnajdujemy restaurację Gabi na ulicy Sv. Mykolo 6, która podobno serwuje litewskie jedzenie. Strzał w dziesiątkę, pyszne i niedrogie cepeliny, kołduny (moim zdaniem lepsze są te zasmażane), kiszka ziemniaczana, sałatka Kaziuka i bliny. Za obiad dla dwóch osób zapłaciliśmy 60 Lt. Dopiero po fakcie dowiedzieliśmy się, że tu kręcił swój program Robert Makłowicz - dodatkowa rekomendacja aby odwiedzić tę restaurację.

Kościół św. Bernardyna (Wilno)

Z pełnymi brzuchami kierujemy się w stronę Placu Katedralnego. Porównanie Wilna i Lwowa, wypada na niekorzyść tego drugiego. Lwów ma swój specyficzny klimat, jakby czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu, ale jednocześnie jest bardzo zaniedbany. Wilno natomiast jest na wskroś europejskim miastem: odrestaurowane kamienice, czysto, mnóstwo knajpek i restauracji. Chociaż idąc na przedmieścia możemy jeszcze natknąć się na typowo postradzieckie widoki: walące się kamienice, ponure blokowiska.

Następnego dnia rozpoczynamy naszą wędrówke po mieście. Idąc przez Zarzecze w stronę centrum mijamy placyk z posągiem anioła (skrzyżowanie ulic Užupio i Malunu) postawionym w 2002 r., następnie przechodzimy przez Mostek Zarzeczny na Wilence (przed wojną nazywaną Wilejką) opuszczając tym samym "Republikę Zarzecza". Przechodząc przez mostek warto zwrócić uwagę na posąg syrenki. Skręcając w prawo i idąc brzegiem Wilenki, zobaczymy białą bryłę cerkwi Spasskiej, idąc kawałek dalej dojdziemy do małego placyku na którym stoi pomnik Adama Mickiewicza z roku 1984, a zaraz za pomnikiem kompleks dwóch gotyckich kościołów: św. Bernardyna i Franciszka oraz smukły kościół św. Anny. Kościoły w Wilnie są dość specyficzne, w większości właśnie teraz rozpoczyna się ich restaurowanie, wobec czego prezentują swoje surowe piękno. Jest coś magicznego w tych wnętrzach pozbawionych dekoracji i przepychu.

Dochodzimy do charakterystycznego Placu Katedralnego, który wraz z surową klasycystyczną katedrą z osobną dzwonnicą (prawdopodobnie jest to jedna z baszt okalających zamek) jest centralnym miejscem miasta. Obok katedry w 1996 roku wzniesiono pomnik księcia Giedymina, założyciela Wilna. Stąd, ulicą Uniwersytecką przechodzimy obok Pałacu Prezydenckiego. W swej historii był m. in. siedzibą biskupów wileńskich, namiestników carskich w czasie zaborów, domem oficerów w czasach radzieckich a także, tuż po odzyskaniu niepodległości ambasadą Francji. Siedzibą głowy państwa jest od 1997 roku. Tuż za Pałacem Prezydenckim, po prawej stronie rozpoczyna się kompleks budynków powstałego w XVI wieku na mocy aktu fundacyjnego Stefana Batorego, Uniwersytetu Wileńskiego. Warto poświęcić trochę czasu aby zanurzyć się w prawdziwy labirynt kolejnych dziedzińców i aby dojść do arkadowego Dziedzińca Wielkiego, ze znajdującym się tu kościołem św. Jana. Idąc ulicą Uniwersytecką a później Dominikańską, co krok napotykamy na pałace należące do rodzin, których nazwiska zapisały się na kartach historii Polski. Stojąc na skrzyżowaniu Uniwersyteckiej i Dominikańskiej warto spojrzeć w lewo, na malowniczy widok wieży kościoła św. Jana i tak samo nazwanej uliczki. Na Dominikańskiej, z ciekawszych budowli można wymienić barokowy kościół św. Ducha przy Dominikańskiej 8, będący jedynym kościołem w Wilnie gdzie nabożeństwa odbywają sie tylko po polsku. Trudno uwierzyć, że znajdująca się zaraz za kościołem księgarnia to dawny Klasztor Dominikanów, a w czasach powstań więzienie w którym osadzano powstańców. Ulica Dominikańska zmienia się w ulicę Trocką, gdzie po lewej stronie, pod numerem 9 mamy Kościół Franciszkanów, najstarszą świątynie katolicką na Litwie, jest ona w bardzo złym stanie i obecnie trwa jej renowacja. Na końcu ulicy Trockiej zobaczyć można wspaniały pałac Tyszkiewiczów.

Wracamy ulicą Trocką i Dominikańską aż do skrzyżowania z ulicą Gaona, która wchodzimy do dzielnicy żydowskiej, w czasie II wojny św. zamienionej w getto. Obecnie jest to bardzo malowniczy zakątek Wilna z wieloma knajpkami. Niestety, żadna z synagog nie zachowała się do naszych czasów i trudno wyobrazić sobie, że przed wojną miasto zwane było "litewską Jerozolimą" z racji tego, że prawie połowę mieszkańców stanowili Żydzi. Idąc prosto ulicą Stikliu (jeśli jesteśmy głodni i marzą nam się dobre cepeliny, możemy wpaść do restauracji Amatininku Uzeiga) dojdziemy do ulicy Didzioji, skręcamy teraz w prawo aby dojść do Rynku i Ratusza Miejskiego. Stąd już bardzo blisko do Ostrej Bramy, jedynej zachowanej bramy murów miejskich z obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Wróćmy ulicą Didzioji z powrotem do Placu Katedralnego mijając przy okazji wspaniałe cerkwie św. Ducha, św. Mikołaja oraz cerkiew Paraskiewy przy której swoje obrazy próbują sprzedać lokalni artyści.

Jesteśmy z powrotem na Placu Katedralnym, czas aby pójść w przeciwną stronę, na wzgórze Giedymina zobaczyć Zamek Górny oraz rozciągający się stąd widok na Wilno.

Ponieważ jest już dość późno, w brzuchach pusto, więc wracamy do naszej ulubionej restauracji Gabi, później do knajpki Zarzecze a później wracamy do hostelu, ponieważ następnego dnia jedziemy do Rygi.

Jadąc w kierunku Rygi, warto na chwilę zatrzymać się 10 km za miastem Szawle (Siauliai), aby zobaczyć Górę Krzyży. Tradycja stawiania krzyży zrodziła się po powstaniu listopadowym. Dziś, pomimo prób zniszczenia sanktuarium w czasach radzieckich, na górze znajduje się ok. 60 000 krzyży.

Na Łotwę wjeżdżamy bez żadnych problemów, jednak droga wyraźnie się pogorszyła. Ponieważ chcemy kilka dni odpocząć nad morzem, nie jedziemy do samej Rygi, ale położonego niedaleko kurortu Jurmala. Pobyt w Jurmali jest płatny (2 Ls za 48 godzin, 3 Ls za 72 godziny), za pierwszym razem całkowicie ominęliśmy bramki, które nie są postawione na głównej drodze, ale trzeba zjechać na bok (ponieważ są to automaty, więc warto zaopatrzyć się w bilon, bo przy bramkach nigdzie nie rozmienimy pieniędzy). Jurmala powstała z kilku osobnych miejscowości, jednak za centrum kurortu można uznać Majori. Jeszcze w Polsce znaleźliśmy adres kampingu Nemo, który położony jest prawie na końcu Jurmali (warto kupić na stacji benzynowej za 1 Ls mapę Jurmali). Koszt rozbicia namiotu dla 2 os. plus samochód to 8 Ls za noc, można również wynająć domek kampingowy za bodajże 14 Ls. Nemo to nie tylko kamping, ale również park wodny i wielki namiot będący knajpą, dyskoteką. Szczególnie tego drugiego się trochę obawialiśmy, ale 14 czerwca stały tu 2 namioty i trzy karawany (kiedy wróciliśmy tydzień później było już całkiem inaczej). Do plaży jest blisko, natomiast w tym miejscu Jurmali oprócz wspomnianego namiotu nie ma żadnych knajp, restauracji (trzeba pojechać do Majori), w odległości 10 minut na piechotę od Nemo znajduje się supermarket Rimi. Warto również zabrać ze sobą coś na komary, bo wieczorami jest ich mnóstwo.

Ryga

Do Rygi można pojechać samochodem, ale ciekawiej jest wybrać się kolejką elektryczną (najbliższa stacja jest w Vaivari, ok. 15 minut spacerku w stronę Rygi). Kolejka elektryczna (elektriczka) kursuje dość często, podróż do Rygi trwa ok. godziny a bilet kosztuje 0,57 Ls (do Majori 0,2 Ls). Jadąc pociągiem możemy naocznie przekonać się, że Łotwa jest najbardziej rosyjska z trzech państw nadbałtyckich, praktycznie trudno usłyszeć język łotewski, żyje tu 34% rosjan. Trafnie ujął ten problem Kapuściński w Imperium: "istnieje różnica pomiędzy opuszczającym swoje kolonie Francuzem a Rosjaninem, który wyjeżdżając z pięknej Rygi, czy słonecznego Baku może wrócić do zimnego Norylska czy brudnego i zadymionego Czelabińska".

Po wyjściu z dworca Ryga nie sprawia zbyt dobrego wrażenia. Mnóstwo ludzi, stragany, centrum handlowe. Za bardzo nie wiemy w którą stronę pójść bo na jedynej mapie jaką dysponujemy z przewodnika Pascala nie ma zaznaczonego dworca. Ale idziemy prosto przed siebie aby po kilku minutach dojść do Pomnika Wolności. Zadziwiające, że ten olbrzymi pomnik pochodzący z 1935 roku nie został zniszczony przez władzę radziecką.

Stąd do starówki jest już blisko, wystarczy skręcić w lewo na ulicę Kalku, aby po chwili dojść do placyku przy którym po prawej stronie stoją budynki dawnych gildii kupieckich. Na placyku mijamy mnóstwo oryginałów: kwartet "radzieckich" babć grających na harmoniach, obok jakaś starsza kobieta przy dźwiękach z magnetofonu tańczy walca... Dochodzimy do skrzyżowania z ulicą Skarnu, możemy pójść albo na lewo do kościoła św. Piotra, albo na prawo w stronę katedry. Wybieramy drugą opcję i dochodzimy do olbrzymiego placu katedralnego. Stąd idziemy uliczką Pils, gdzie wg. przewodnika znajdują się trzej bracia, średniowieczne kamienice pod numerami 17, 19 i 21. Na rogu wchodzimy do cukierni spróbować tutejszych ciastek. Ryska starówka naprawdę robi wrażenie, jest bardzo zadbana i czuć hanzeatycką przeszłość. Jeżeli z placu katedralnego pójdziemy uliczką Smilsu to dojdziemy do Baszty Prochowej i stąd można pójść wzdłuż resztek murów obronnych, mijając Bramę Szwedzką aż do zamku (Rigas pils). W tej dawnej siedzibie krzyżaków obecnie urzęduje prezydent oraz mieszczą się muzea. Warto pójść nad Dźwinę, a jeżeli chcemy zrobić zdjęcie panoramy miasta z zamkiem ryskim, katedrą i kościołami to najlepiej przejść na drugą stronę rzeki mostem Akmens. Zanim wrócimy z powrotem na starówkę, szukamy Muzeum Okupacji, które znajduje się na placu pomiędzy ulicami Kalku a Grecinieku, tuż obok kościoła św. Piotra. Wstęp jest bezpłatny, a ekspozycja niezbyt bogata, chociaż warto poznać historię ruchu oporu przeciwko hitlerowcom a potem Rosjanom, tym bardziej że dla nas jest to dość mało znana karta historii. Jest już dość późno, więc szukamy jakiejś knajpki aby zjeść obiad. Obok kościoła św. Piotra jest knajpa St. Peters's Rooster z ładnym ogródkiem, a że akurat w kościele ktoś ćwiczy grę na organach, więc decydujemy się tutaj usiąść. Przy dźwiękach Bacha zamawiamy łotewską zupę solankę, jakże łotewską rybę z frytkami i do tego już na pewno łotewskie piwo Aldaris. Za wszystko płacimy 9Ls.

Kolejny dzień spędzamy na słodkim lenistwie wylegując się na plaży w Jurmali. Następnego dnia wyjeżdżamy do Tallina. Ryga żegna nas deszczem. Dzięki dobremu oznakowaniu objeżdżamy miasto i wjeżdżamy na Via Balticę (A1). Droga nie jest w najlepszym stanie, zwykła dwupasmówka, na której w dodatku trwają roboty drogowe, przeważnie jedziemy 60 km/h. Niedogodności te rekompensują nam widoki, bowiem często jedziemy nad samym morzem. Po południu jesteśmy w Tallinie, zatrzymujemy się w znalezionym jeszcze w Polsce hostelu Rex na ulicy Tartu 62. Mimo, iż budynek w którym mieści się hostel wygląda na zaniedbany, to w środku pachnie jeszcze nowością i jest bardzo czysto. W hostelu są pokoje 4 osobowe z łazienką, łóżka piętrowe. Jest również pokój 2 osobowy ale ze wspólną łazienką. Ponieważ kiedy przyjechaliśmy hostel był zupełnie pusty, więc właścicielka wynajęła nam pokój 4 osobowy w cenie dwójki. Mieliśmy więc mnóstwo miejsca. Zaletą tego hostelu jest możliwość zaparkowania samochodu w zamykanym podwórku oraz, że jest w odległości 15 minut spacerkiem od centrum Tallina. Cena noclegu wynosi 500 EEK od os. (+50 EEK parking, +50 EEK śniadanie).

Tallin

Zwiedzanie Tallina rozpoczynamy od, paradoksalnie jego najnowszej części, biznesowej dzielnicy przy Tartu mnt, przez którą codziennie będziemy przechodzić idąc z naszego hostelu. Nowoczesne biurowce a obok charakterystyczne dla całej Pribałtiki drewniane domki to prawdziwy raj dla fotografów. Starówka Tallina otoczona jest murami obronnymi i podzielona na dwie części: Dolne Miasto (Vanalinn) i Górne Miasto (Toompea). Spacer po starówce zaczynamy od Paks Margareeta - Grubej Małgorzaty. Jest to najpotężniejsza baszta w systemie umocnień Tallina, powstała w XVI w. i jej zadaniem było bronić miasto od strony morza. Obecnie w Grubej Małgorzacie znajduje się muzeum morskie. Za 25 EEK możemy zobaczyć skafandry płetwonurków z XIX w., kajuty współczesnych trawlerów, sporo modeli statków i okrętów, stare przyrządy nawigacyjne a oprócz tego ładny widok ze szczytu wieży. Ciekawostką jest tablica umieszczona na Grubej Małgorzacie upamiętniająca ucieczkę okrętu podwodnego ORP Orzeł z Tallina. Obok wieży stoi pomnik poświęcony ofiarom tragedii promu Estonia.

Po wejściu na starówkę bramą Suur Rannavarav (Duża Brama Morska) znajdujemy się na Pikk (Długa), głównej ulicy Dolnego Miasta, która prowadzi aż na rynek. Na rogu Pikk i Tolli zobaczymy Kolm Ode - Trzy Siostry, czyli trzy średniowieczne kamieniczki, dawna siedziba aresztu śledczego KGB, a obecnie estońskie MSW. Nieco dalej, po tej samej stronie wznosi się Oleviste kirik (kościół św. Olafa). Warto wspiąć się na 123 m. wieżę kościoła, z której rozciąga się wspaniały widok na Tallin, m. in. doskonale widać podział na Górne i Dolne miasto. Osoby mające lęk wysokości mają dodatkową atrakcję w postaci dość prowizorycznie wyglądającej platformy widokowej otaczajacej szczyt wieży. Wstęp na wieżę kosztuje 25 EEK. Nieco dalej, po lewej stronie, pod numerem 26 znajdziemy Mustpeade Maja (Dom Bractwa Czarnogłowych). Bractwo skupiało bogatych, nieżonatych kupców i funkcjonowało od XIV w. aż do końca XIX w. Charakterystyczny dla tego budynku jest front przedstawiające walczących rycerzy, postacie zasłużone dla bractwa oraz herby hanzeatyckich miast. Na zielonkawych drzwiach możemy zobaczyć herb bractwa (Murzyn i św. Maurycy). Dochodzimy na rynek na którym najbardziej rzucającą się w oczy budowlą jest ratusz z racji smukłej, przywodzącej na myśl minaret, wieży.

Od rynku idziemy pod górę w stronę Toompea. Żelaznym punktem od którego trzeba rozpocząć zwiedzanie Górnego Miasta jest zamek Toompea wraz z Długim Hermanem, obecnie siedziba rządu i parlamentu oraz stojąca naprzeciw cerkiew Aleksandra Newskiego. Warto również zobaczyć katedrę luterańską (Toomikirik), do której dojdziemy kierując się na północ od cerkwi Newskiego. Jeżeli pójdziemy jeszcze dalej prosto to staniemy na murach okalających Toompea, skad rozciąga się piękny widok na Dolne Miasto. Wychodząc z Toompea koniecznie trzeba odwiedzić jedną z baszt o nazwie Kiek in de Kok przy Komandandi tee.

Ok, a co z jedzeniem w Tallinie? Absolutną rewelacją, aczkolwiek zdaje sobie sprawę, że nastawioną na turystów jest Old Hansa na Vana turg, niedaleko rynku. Stylizowana na średniowieczną, knajpa ze świetnym "średniowiecznym" jedzeniem. Można tam zostawić majątek (dokładnie 700 EEK), ale piwo miodowe (55 EEK), befsztyk rycerski (188 EEK) są tego warte. I jeszcze uwaga, nie siadajcie na zewnątrz bo stracicie wiele z atmosfery tej knajpy.

O tej porze roku, na tej wysokości geograficznej, charakterystyczne są tzw. białe noce, kiedy słońce wcale nie zachodzi. Może nie jest to tak widowiskowe jak gdzieś na północy Finlandii, niemniej jednak o godzinie 2 w nocy na dworze jest calkiem jasno.

Następnego dnia w planach mamy zwiedzenie okrętu podwodnego Lembit, o którym przeczytaliśmy w przewodniku Pascala. Pojechaliśmy więc autobusem do dzielnicy Pirita, gdzie ów okręt miał się znajdować. Tam jednak bardzo miły pan w kapitanacie portu jachtowego wytłumaczył nam po angielsku, że okręt przeniesiono do portu Lennusadam w pobliżu starówki. Wróciliśmy więc do centrum i poszliśmy szukać portu. Dzielnica przez którą przechodziliśmy robiła się coraz bardziej zaniedbana i opustoszała. W końcu znaleźliśmy port... w kanciapie siedział stróż pamietający chyba jeszcze czasy ZSRR i na pytanie czy można zwiedzić Lembit, człowiek odpowiedział po rosyjsku "Lembit nie rabotajet", po czym pobiegł do swojej kanciapy po kartkę A4 z wydrukowanym wielkim napisem "Museum closed". Tak zakończyło się nasze poszukiwanie okrętu podwodnego. Oczywiście mogliśmy dzień wcześniej zapytać o to czy Lembit rabotajet w muzeum morskim w Paks Margareeta, ale jakoś nie przyszło nam to do głowy, a dzięki temu poznaliśmy dzielnice portowe Tallina. Spędzamy więc resztę poranka na włóczeniu się po uliczkach starego Tallina, a popołudniu jedziemy do Rocca al Mare. Dzielnica "Skała na Morzu", swoją petycką nazwę zawdzięcza pewnemu bogatemu, zafascynowanemu Włochami, XIX w. kupcowi. Obecnie są to przedmieścia z centrami handlowymi, oraz dużym skansenem. W pobliże skansenu można dojechać trolejbusem nr. 6 lub 7 z Endle Mnt, lub autobusem nr. 21 (wtedy dojeżdżamy pod sam skansen) z dworca kolejowego. Bilet wstępu kosztuje 30 EEK i dość pobieżne obejście skansenu zajmuje ok. 2 godzin.

Ponieważ mamy w zapasie jeszcze jeden dzień, postanawiamy przedłużyć nasz pobyt w Tallinie i wybrać się na całodniową wycieczkę do Helsinek. Połączeń jest sporo, począwszy od dużych promów płynących 3 godziny a skończywszy na podróży helikopterem w niecałe 15 minut. My wybieramy szybki prom Tallink (cena 560 EEK w obie strony, odpływa z terminala D o godzinie 8:00, do Helsinek przypływa o 9:40 do West harbour) i po półtorej godzinie wysiadamy w Helsinkach. Na zwiedzanie przeznaczyliśmy 9 godzin, powrót o godzinie 19:00 (przydatna wskazówka, dla osób nie mających żadnego przewodnika, przy wyjściu z terminala leżą stosy darmowych mapek Helsinek z zaznaczonymi miejscami które warto zobaczyć).

Katedra (Helsinki)

Helsinki to miasto gdzie na rynek można wpłynąć promem. Warto pojawić się tu rano, kiedy na rynku odbywa się targ a przy nadbrzeżu stoją kutry rybackie ze świeżymi rybami. Mając stosunkowo niewiele czasu, odpuszczamy sobie zwiedzanie Suomenlinny - wyspy twierdzy zbudowanej w 1758 roku przez Szwedów, na którą można dostać się promem, oraz Seurasaari - wyspy ogrodu. Z placu targowego przy którym stoi Ratusz Miejski oraz Pałac Prezydencki idziemy na plac Senacki (Senaatintori) przy którym stoi monumentalna katedra luterańska a przed nią pomnik cara Aleksandra II. Nie jest dla nas zaskoczeniem surowe wnętrze katedry w porównaniu do fasady, ponieważ podobne kościoły luterańskie widzieliśmy już w Tallinie. Krańcowo odmienne wnętrze prezentuje Sobór Uspieński na ul. Kanavakatu 1. Kolejny cel naszej wędrówki to Temppelinaukio Kirkko. Przy okazji mijamy budynek dworca kolejowego, łatwo rozpoznawalny z racji wysokiej wieży. Kościół na Skale (Temppelinaukio Kirkko) położony przy ulicy Lutherinkatu 3 to kościół wydrążony w granitowej skale, przypominający katakumby pierwszych chcrześcijan a przy okazji charakteryzujący się świetną akustyką, dzieki czemu jest miejscem częstych koncertów muzyki poważnej. Wracając do centrum mijamy Finlandia Hall (Finlandia Talo), nowoczesny kompleks kongresowo-koncertowy zaprojektowany przez Alvara Aalto, najbardziej znanego fińskiego architekta doby modernizmu. Za białą bryłą Finlandia Hall rozpościera się spory plac na którym znajduje się sporo rzeźb. I tak dochodzimy do miejsca gdzie spędzimy resztę czasu w Helsinkach, do Muzeum Sztuki Współczesnej (Kiasma). Wspaniałe nowoczesne wnętrze oraz fakt, że jest to miejsce w którym nikt z pilnujących nie krzywi się na widok aparatu były wystarczającym powodem aby przesiedzieć tu sporo czasu.

Wracając do terminalu promowego przechodzimy jeszcze ulicą Pohjoisesplanadi, jest to szeroka aleja, której środek to mały park, zamieniający się popołudniu w gwarne miejsce pełne piknikujących ludzi oraz różnych grajków (od gospel, kwartetów smyczkowych po jazz). Wracamy na prom, którym z pracy wracają Estończycy a po alkohol płyną Finowie.

Opuszczamy Tallin. Zanim pojedziemy z powrotem na południe, chcemy zobaczyć Paldiski. Jest to była baza radzieckich podwodnych okrętów atomowych, tutaj również kręcono film "Lilja 4ever" pokazujący problem bezdomych dzieci w byłym ZSRR. Rzeczywiście, miasteczko ma charakter betonowego osiedla, gdzie np. na kilka opuszczonych i zdewastowanych bloków jeden jest zamieszkany. Jedziemy aż na koniec półwyspu Pakri, stoi tam latarnia morska oraz biegnie najdłuższy w Estonii stromy, 25 metrowy klif. Asfaltowa droga kończy się i rozpoczyna droga szutrowa, mijamy coś co kiedyś było osiedlem domków dla zapewne wyższych stopniem oficerów armii radzieckiej a teraz jest kupą gruzów. Wszystko to dość przygnębiający widok, opuszczamy Paldiski bez żalu i mijając Madise, Rummu i Padise (gdzie jest dość urokliwy klasztor cystersów) dojeżdżamy do Haapsalu.

Haapsalu słynie przede wszystkim z muzeum kolejnictwa i drewnianego dworca wraz z najdłuższym ponoć w Europie zadaszonym peronem. Ponieważ Haapsalu znajduje się w zatoce otoczonej półwyspem, więc widok z plaży kojarzy się bardziej z jeziorami niż morzem. Początkowo zamierzaliśmy tu przenocować, ale ponieważ jest jeszcze dość wcześnie, postanawiamy dojechać do Parnawy (Pärnu). To piąte co do wielkości miasto Estonii, położone jest pomiędzy długą piaszczystą plażą a rzeką Parnawą. Zanim zaczniemy zwiedzać miasto szukamy noclegu. Znajdujemy kamping Konse Puhkekula położony nad brzegiem rzeki przy ulicy Suur-Joe (jadąc z północy, przejeżdżamy most na rzece i na rondzie w lewo). Okazuje się, że następnego dnia ma odbyć się jakiś zlot karawaningu i nie mają wolnych miejsc, musieliśmy jednak chyba wyglądać wyjątkowo mizernie i znalazło się miejsce na nasz namiot na jedną noc :-). Jeśli chodzi o zaplecze sanitarne to ten mały w sumie kamping był wyjątkowo luksusowy, szczególnie porównując go do kampingu Nemo w Jurmali. Jedyny minus, że aby dojść do plaży trzeba przejść całą starówkę. Za 2 os. + namiot płacimy 140 EEK. Zdecydowanie polecam ten kamping. Po zapewnieniu noclegu idziemy coś zjeść i pozwiedzać miasteczko. Kiedyś to hanzeatyckie miasto jest obecnie znanym uzdrowiskiem. Na starówce znajduje się sporo knajpek, jednak najciekawszym miejscem jest plaża, zdecydowanie lepiej utrzymana i mniej dzika niż ta w Jurmali.

Następnego dnia decydujemy się wrócić do Jurmali, aby odpocząć jeszcze kilka dni nad brzegiem morza. Przyjeżdżamy akurat na Noc Kupały (Noc Świętojańska), która na Łotwie jest okazją do mega imprez, Nemo jest pełne ludzi, na plaży palą się ogniska. Poznajemy też parę Australijczyków, która od miesiąca podróżuje po Europie Śr. - Wsch. Po trzech dniach nieróbstwa, pora wracać do Polski.

Miejsca których nie zwiedziliśmy a które myśle warto zobaczyć: Kłajpeda i Mierzeja Kurońska, Kowno, Druskienniki na Litwie, oraz park narodowy Lahemaa w Estonii. Mamy więc powód aby za kilka lat tam wrócić.

Haapsalu

aktualny kurs LTL (lit, Litwa)
aktualny kurs LVL (łat, Łotwa)
aktualny kurs EEK (korona, Estonia)
aktualny kurs EUR (euro, Finlandia)

Góra Krzyży (Szawle) - fotorelacja
Kiasma (Helsinki) - fotorelacja

Chorwacja:: Lwów:: Rodos:: Majorka:: Budapeszt:: Wiedeń:: Praga:: Pribałtika
mytravels.pl:: Księgarnia Lideria:: Koszulki:: Współpraca:: Forum
(c) NetTech 'lipiec 2007 Zgłoś uwagę lub błąd